Gorąco, wybuchowo i odrzutowo na mieleckim air show. Byłam, widziałam…

pokazy lotnicze mielec 2016

To była naprawdę dziwnie zaskakująca wrześniowa niedziela… W lotniczym podkarpackim Mielcu klimat dopisał. Na jubileuszowym air show miejscowego Aeroklubu (11.09) było gorąco, wybuchowo i odrzutowo. Tym razem też byłam, widziałam i … oczom nie wierzyłam… Szykowało się „największe od lat wydarzenie lotnicze w Mielcu. Dla fascynatów, amatorów, profesjonalistów, ciekawskich i szukających nowych wrażeń” – przeczytałam na airshowmielec.pl.

 Przed wyjazdem spojrzałam na program na stronie. W planach był m.in. M-28, JAK-52, RWD-5R, Extra 330, S70i Black Hawk, rekonstrukcja walk powietrznych w wykonaniu Retro Sky Team, występ Zespołu Akrobacyjnego „Orlik” i pokaz dynamiczny samolotu MiG-29. Migiem zdecydowałam, że tam trzeba być. Powód był co najmniej jeden: większość przybędzie właśnie po to, aby na własne oczy zobaczyć słynnego Miga-29 z 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Nie często zdarza się jednak, aby w tej części Polski, na pokazach gościły wojskowe odrzutowce. „No właśnie minęło 19 lat i wiem, że dawniej gościły samoloty takie jak F-16 czy JAS-39 Gripen. Teraz to byłaby niespodzianka zobaczyć po tylu latach w locie MiG-a 29 z dopalaczami i posłuchać ten grom dźwięku” – napisał Justify11 na lotniczym forum tuż przed imprezą. Nie jeden mielczanin marzył o tym, aby choć przez moment z bliska przyjrzeć się takiej maszynie. Bonusem miała być obecność kpt. Adriana Rojka znanego z ekstremalnej, powietrznej ewolucji na Royal International Air Tattoo w 2015 roku.          
 Wielokrotnie byłam już m.in. w Mielcu na piknikach czy pokazach lotniczych (na „air show” jeszcze nie byłam; nadal zastanawiam się na czym polega ta zapewne subtelna różnica w nazewnictwie) jako widz, uczestnik, zwiedzający, wystawca, media. To pozwala mieć obraz tego typu imprez z wielu stron.

Fotografia: J.Prasoł

 Wirtualnie, klimat mieleckiej imprezy nakręcał się: „Tylko żeby pogoda dopisała. Zastanawiam się, czy już jest jakaś osoba, która będzie prowadzić całą imprezę jako komentator... Już coś wiadomo? Czy to będzie ktoś z AM [przyp. red. – Aeroklub Mielecki]  czy z zewnątrz związany z lotnictwem? ” – napisał obserwator. Jako jeden z tych „ciekawskich i szukających nowych wrażeń” też się zastanawiałam. Mam swoich faworytów, którzy przez „polot” do lotniczych opowieści niejednego potrafią zarazić zamiłowaniem do lotnictwa.     

Fotografia: J.Prasoł
Fotografia: J.Prasoł

 Lotniczy Mielec naprawdę potrafi zaskakiwać. To miasto jest wręcz „przesiąknięte lotnictwem.” Ma to swoje dobre i złe strony. Bogata historia sprawia, że eventy lotnicze odbywają się tam od bardzo dawna.  Najprawdopodobniej pierwszy festyn  lotniczy odbył się tam w czerwcu 1928 roku. Chociaż wtedy jeszcze w tym mieście nie było lotniska, tłumnie zgromadzonej publiczności zaprezentowano samoloty Ansaldo A.300 i DKD-3 braci Działowskich.

Fotografia: J.Prasoł

 Podczas imprezy stworzył się nawet komitet budowy awionetki o nazwie „Miasto Mielec”(ostatecznie nie powstała). Samolot miał być zbudowany ze składek miejscowego społeczeństwa i jeśli wierzyć ówczesnej prasie: „Festyn ten zgromadził około 10 tysięcy osób, samoloty wykonały bardzo udane ewolucje, nadto chętni odbywali przejażdżki samolotami.” Nadal odbywa się tu mnóstwo inicjatyw i przedsięwzięć lotniczych, funkcjonują różne organizacje, stowarzyszenia. Zatem piknik z okazji 70-lecia Aeroklubu Mieleckiego im. braci Działowskich powinien być chyba bardzo mielecki – pomyślałam będąc już na miejscu. Może trzeba było jedynie trochę lepiej rozejrzeć się.  Teren tamtejszego lotniska jest naprawdę ogromny. Z daleka nie łatwo wypatrzyć choćby scenę, a co dopiero pilota akrobacyjnego. Jednak z wieży mieleckiego lotniska widoczność była niemal „milion na milion.”  

Fotografia: B.Kwilosz

 Radosław Rumszewicz – trzykrotny wicemistrz Polski w akrobacji samolotowej, wychowanek  Aeroklubu Mieleckiego w ekstra stylu przecinał mieleckie niebo. Lotnictwo ma zakodowane w genach, a jego obecność podczas pikniku lotniczego była okazją do wspomnień m.in. o rodzinnej, lotniczej tradycji. – Do dziś w tu mieszkają moi rodzice. Kiedyś przybyli do tego miasta za pracą. Mama i tata są po studiach lotniczych na Politechnice Warszawskiej. Oboje pracowali w mieleckim PZL-u jako konstruktorzy i latali na szybowcach – opowiadał pilot. Spacery na lotnisko, lotnicze opowieści podczas uroczystości rodzinnych, sklejanie modeli, wizyty lotniczych znajomych rodziców były codziennością. Nic więc dziwnego, że chłopak, wspierany przez najbliższych szybko połknął lotniczego bakcyla.

Fotografia: J.Prasoł

 – Już w podstawówce marzyłem o zawodowym lotnictwie, a w szkole średniej, jak zaczynał się sezon lotniczy, odnotowywano jedynie moje ciągłe nieobecności na lekcjach. Dla mnie najważniejsze było, aby być tam … – mówił spoglądając na Aeroklub.  – Wtedy już wiedziałem, że chcę być pilotem, ale dopiero studia lotnicze w Politechnice Rzeszowskiej pomogły mi określić precyzyjniej co chcę i będę w tej dziedzinie robić.  Obecnie, zawodowo pracuje w liniach lotniczych i z zamiłowania lata akrobacyjnie. – Zaczęło się w 1999 r. od Zlina 526 F. To stary czeski samolot dopuszczony do akrobacji, który rzadko wzbijał się w powietrze w Aeroklubie Mieleckim. Wtedy Wiesław Ruman, ówczesny dyrektor operacyjny w Zakładzie Usług Agrolotniczych, udzielał się społecznie jako instruktor w akrobacji. To on zaszczepił mi zamiłowanie do takiego latania. Nawet ten mielecki pokaz z nim konsultowałem – podkreślał. Zapytany czy wybrałby latanie akrobacyjne gdyby można było się z niego utrzymać zachowawczo odpowiada: - Być może … Być może tak. Ale na razie rynek pokazów w Polsce nie jest zbyt rozwinięty, a ja raczej nie występuję na pokazach. Obiektywnie latanie akrobacyjne trudno wyjaśnić: jest nierentowne, ale gdy zawodniczo dłużej nie latałem, oglądałem jedynie filmy z zawodów bardzo mi tego brakowało. To jest jak narkotyk. Kiedyś chciałem też spróbować lotnictwa doświadczalnego i agrolotnictwa ponieważ przez poł roku pracowałem w PZL Mielec. Latałem tam nawet Iskierką. Adrianowi też czasem zazdroszczę tego wojskowego Miga. Ale pocieszam się tym, że on może nie oglądał prób Irydy, Skytrucka czy Dromaderów – dodaje ze śmiechem.

Fotografia: B. Kwilosz
Fotografia: B.Kwilosz

 Mielec słynie z produkcji lotniczej. Już jadąc na lotnisko, zza ogrodzenia zakładów wyłonił się „upiorny”, M-15 Belfelgor. Na pokazach też nie zabrakło produktów z tego lotniczego miasta. Był m.in. M-18 Dromader, S70i Black Hawk i M-28 Skytruck. Byli też uczestnicy.  W większości  miejscowi.  – Oni zawsze tu przyjdą, bez względu na to co będzie lub czego zabraknie… Bo oni przychodzą na pokazy lotnicze przede wszystkim dla samolotów i pilotów – zagadnęła jakaś pani przy wystawie statycznej szybowców. – Synu, patrz! – zawołał kilkuletniego chłopczyka mężczyzna z aparatem w ręce.  – Ty tutaj zdjęcia jakichś samolotów robisz, a patrz kto tu stoi! Kapitan Rojek! Ten od Miga! Kto wówczas był bardziej podekscytowany: czy oszołomiony kilkulatek, któremu przyszło stanąć do zdjęcia, czy też dumny tata? Nie wiem. Piknik zbliżał się ku końcowi, a do pilota MiGa, który zawitał na stoisko Fulcrum Solo Display Team zaczęły ustawiać się kolejki: po wspólne zdjęcie, autograf albo po prostu, żeby przywitać się.   

Fotografia: K.Hadała

 Wyglądało jednak na to, że coś pozmieniało się u kapitana od słynnego lotu na Royal International Air Tattoo ? – Raczej nie. Tylko czasem zdarzają się takie objawy rozpoznawalności – skromnie odpowiedział.  –  Szesnaście lat temu latałem tu, w Mielcu na samolocie Zlin-50, akrobacyjnie m.in. z Radkiem Rumszewiczem – dodał.   

Fotografia: S. Pasionek "Kazek"
Fotografia: J.Prasoł

 Wiedziona dotychczasowymi „obserwacjami nielota” – tego „ciekawskiego i szukającego nowych wrażeń” czuję jednak pewien niedosyt. Co do wrażeń – jedno z pierwszych: impreza w tym kształcie mogłaby odbyć się równie dobrze bez okazji. Zwyczajni widzowie pokazów lotniczych wcale nie potrzebują dostojnych pretekstów. Interesują ich przecież najbardziej samoloty i pilotujące je osoby. Im są bliżej tym lepiej. Po cichu chyba jednak liczyłam, że głównym celem organizatora, z tytułu jubileuszu będzie zaprezentowanie zaplecza i działalności tego miejsca, które mając za sobą wieloletnią działalności, dodatkowo przymierzające się do utworzenia Podkarpackiego Muzeum Lotnictwa,  zakładam, że miałoby się czym pochwalić.
 Celem zweryfikowania swoich wrażeń, ponownie spojrzałam na wpisy pasjonatów lotnictwa na jednym z forów: „Orliki – mistrzostwo! MiG – bez szału. Ale start naprawdę efektowny, a reszta to wszystko czego można było się spodziewać. Biletów nie było to i ceny [przyp. red. – dot. produktów gastronomicznych] z kosmosu […] Nagłośnienie to masakra […] i ogrodzenie lotniska to duży minus, ale tak już musi być”— pisał dominu997. „Ogólnie piknik fajny, ale stanowczo źle rozplanowany. Jeśli chodzi o Orliki, też przyłączam się do ochów i achów” – streszczał hds.147. Widzowie pokazów – zarówno Ci z bardziej zaawansowaną wiedzą lotniczą, jak i laicy są w stanie wiele wybaczyć, „przegapić”, usprawiedliwić, ale też docenić: „Mig-29 podczas displayu zgłosił awarię i zastanawiał się nad przerwaniem pokazu […] po chwili zgłosił, że już jest w porządku, ale od tej pory latał bez dopalacza i szybko zakończył pokaz. Szkoda, że nie było treningu po przylocie […] Retro, jak zwykle fajny pokaz choć bez grupy rekonstrukcyjnej i antka […] incydent z Extrą […] zdarza się nawet najlepszym. Warto było przyjechać i nawet czekać kilka godzin między treningami, a otwarciem pokazów” – kontynuował ww. Inny forumowicz z entuzjazmem podkreślał: „Orliki! Ile razy będę powtarzał ?! SUPER.”   

Fotografia: B.Kolanko
Fotografia: B.Kolanko

 Chcę wierzyć, że ta i każda jej podobna impreza lotnicza jest robiona  przede wszystkim z myślą o Widzach – tych którzy zaskoczeni i zdziwieni, z szeroko otwartymi oczami patrzą na lotnictwo, które na niebie i to na ziemi; dla dzisiejszych Antków, Adrianów, Radków, Piotrków, Grześków, tych realnych i wirtualnych;  dla  ich dziadków, rodzeństwa i rodziców, dla pani Zosi, Basi, Kasi, które chcą coś zobaczyć, czegoś dowiedzieć się i miło spędzić czas nie zastanawiając się dlaczego kazano im „tak długo czekać, aż coś poleci” lub po co zostawiać butelki z wodą przy wejściu na imprezę. Nadal chcę w to wierzyć … Bo przecież, jak podsumował angello,  „NAJWAŻNIEJSZE JEST LOTNICTWO I TO, ŻE MOŻEMY SPOTKAĆ SIĘ W RÓŻNYCH MIEJSCACH, NA ZIEMI I W POWIETRZU.... A OPRAWA RAZ LEPSZA, RAZ GORSZA.”

Fotografia: B.Kolanko

Relację przygotowała Katarzyna Hadała

Zdjęcie tytułowe: Joanna Prasoł

Top