poniedziałek, 05 listopad 2018 14:45

Swój pierwszy skok w roli dowódcy tandemu wykonał z wysokości czterech tysięcy metrów z pokładu śmigłowca Mi-8.

Napisane przez Polska-zbrojna.pl
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Źródło zdjęcia: Polska-zbrojna.pl / "Miki" Źródło zdjęcia: Polska-zbrojna.pl / "Miki"

Pamięta ten pierwszy skok w tandemie. Złapał bakcyla. Jako tandem pilot skoczył już ponad 4500 razy. Jest jednym z pierwszych żołnierzy w wojsku, którzy desantowali się z użyciem aparatury tlenowej. O specyfice skoków tandemowych, desantowaniu w dzień i w nocy rozmawiamy z „Mikim”, podoficerem z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu.

W Jednostce Wojskowej Komandosów jest Pan chyba rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę wykonanych skoków spadochronowych. Licznik dochodzi już do 6 tys.?

„Miki”: Rzeczywiście na moim koncie są już 5923 skoki, ale większość z nich wykonałem prywatnie, w aeroklubach. Nie ukrywam jednak, że niemal przez całą służbę wojskową, czyli już blisko 30 lat, jestem związany ze spadochroniarstwem.

W Lublińcu mówią o Panu „Miki”, ale ma Pan też drugą, ciekawszą ksywkę: „Ojciec Tandem”. Skąd się wzięła?

Dostałem ją w aeroklubie. Wśród moich rówieśników byłem pierwszy, który miał dziecko i tak się już przyjęło. Z biegiem czasu zostałem tandem pilotem, więc wyszedł „Ojciec Tandem”.

Jak zaczęła się przygoda ze spadochronem?

Skakać zacząłem w Aeroklubie Śląskim w 1989 roku. Wcześniej uprawiałem różne dyscypliny sportu, ale kiedy pierwszy raz wyskoczyłem ze spadochronem z wysokości 800 m i zobaczyłem z góry Katowice, to wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Gdy na koncie miałem już około 370 skoków, poszedłem do wojska. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o komandosach z Lublińca, za to marzyłem o służbie w 18 Batalionie Powietrznodesantowym z Bielska-Białej, bo wiedziałem, że tam właśnie żołnierze intensywnie szkolą się pod kątem spadochronowym. Mieszkałem jednak w Tychach, więc przydział do 6 Brygady był dla mnie praktycznie nieosiągalny. Los się jednak do mnie uśmiechnął. Do zasadniczej służby wojskowej trafiłem do 1 Batalionu Szturmowego w Lublińcu, później do 62 Kompanii Specjalnej w Bolesławcu. To tam dostałem propozycję, by zamiast służyć w tzw. linii, przenieść się do wojskowego klubu sportowego i… skakać. Wszedłem bez problemu w to środowisko, zająłem się skakaniem na celność lądowania i akrobacją zespołową RW-4. Wykonałem wtedy kolejnych 400 skoków, a potem, już po zasadniczej służbie wojskowej, zostałem w armii jako żołnierz nadterminowy. Z kompanii specjalnej wróciłem do Lublińca, gdzie służyłem w tzw. spadochroniarni. Potem zmieniałem etaty i np. byłem zastępcą, a potem dowódcą grupy specjalnej, by ostatecznie wrócić do tego, co lubię najbardziej, czyli właśnie do pracy ze spadochronami. W 2005 roku, kiedy ponownie trafiłem na spadochroniarnię 1 Pułku Specjalnego Komandosów [red.: dziś JWK], byłem już bardzo doświadczonym skoczkiem, bo cały czas działałem w aeroklubach i strefach  spadochronowych. Na koncie miałem ponad 1700 skoków, byłem certyfikowanym układaczem spadochronów głównych i zapasowych oraz pilotem tandemu.

Jako tandem pilot skoczył Pan już ponad 4500 razy. To imponujące…

Skoki tandemowe, choć tak popularne w aeroklubach i strefach spadochronowych, mają swoje źródła w wojsku. Metodę skoku w tandemie opracowano właśnie po to, by drogą powietrzną dostarczyć cywila lub jakiegoś żołnierza specjalistę na pole walki. Skoków w tandemie w armii nie organizuje się jednak często, więc większość z tych 4500 desantowań w tandemie zrobiłem w cywilu. Ale desantowania w armii są o wiele bardziej wymagające i skomplikowane.

Dlaczego zdecydował się Pan na szkolenie jako tandem pilot?

W 2000 roku do Nowego Targu przyjechali instruktorzy z Austrii, którzy w Polsce działali na licencji Aeroklubu Polskiego. Szukali kandydatów do szkolenia. Byłem już doświadczonym skoczkiem i spełniałem ich wymagania – m.in. licencja zawodowa z uprawnieniami instruktorskimi, wykonanych tysiąc skoków i wysoki wzrost – więc dołączyłem do kursu.

Czy zdobyte w cywilu umiejętności i uprawnienia wykorzystywał Pan w armii?

Mimo że byłem pierwszym tandem pilotem w Lublińcu, to jednak nie oddawałem takich skoków. W jednostce przechodziłem zwykłe szkolenie spadochronowe, wykonywałem m.in. skoki nocne, bojowe z zasobnikiem i bronią, ale w tandemie nie. W pewnym momencie moi przełożeni dostrzegli, że moje kwalifikacje mogą się przydać także siłom zbrojnym. Dowódca jednostki wysłał mnie na kurs  egzaminatora z zakresu systemu spadochronowego Vektor Sigma Tandem. I tak zostałem pierwszym w armii instruktorem z takimi uprawnieniami.

Kogo przez te lata wyszkolił „Ojciec Tandem”?

Na szkolenia przyjeżdżali do mnie żołnierze z różnych jednostek, m.in. operatorzy GROM-u i żołnierze 3 Skrzydła Lotnictwa Transportowego z Powidza. Nie było tych kursów dużo, bo szkolenie tandemowe w armii jest czasochłonne. Dlatego dziś częściej wygląda to inaczej – doświadczonego spadochroniarza instruktora kieruje się na kurs w cywilu. Po paru dniach treningu w aeroklubie zdobywa on uprawnienia, które są honorowane w wojsku. Oprócz żołnierzy szkoliłem też cywilów. Przez 30 lat trochę się tych ludzi uzbierało. Najważniejsze jest dla mnie to, że wielu z nich udało mi się zarazić moją pasją: połknęli spadochronowego bakcyla. Część kursantów, którzy pod moim okiem zdobywali pierwsze spadochronowe szlify, to dziś doskonali skoczkowie, kamerzyści filmujący skoki, instruktorzy, tandem piloci, teraz szkolący i przekazujący zamiłowanie do spadochroniarstwa młodym adeptom tego sportu. Niejednokrotnie usłyszałem, że jestem dla nich wzorem i to dla mnie największe wyróżnienie.

Pamięta Pan swój pierwszy skok w roli dowódcy tandemu?

Oczywiście! Wykonałem go z wysokości 4000 m z pokładu śmigłowca Mi-8. Było to poprzedzone  szkoleniem teoretycznym i naziemnym. Mój pasażer, również instruktor, podczas pierwszego lotu dostarczył mi trochę emocji. Było to zaplanowane, ale ja o tym nie wiedziałem. Do momentu otwarcia się czaszy spadochronu pasażer był bardzo spokojny. Ale później próbował wyrwać mi linki tzw. sterówki, a także symulował omdlenie, a nawet wymioty. Wszystko po to, by sprawdzić, jak będę się zachowywał w trudnych warunkach i czy opanuję sytuację w powietrzu. Na szczęście wszystko poszło dobrze, a ja wcale się nie zniechęciłem. Ten pierwszy skok w tandemie był dla mnie bardzo ważny. Mimo że nie byłem debiutantem, miałem wrażenie, że to moje pierwsze desantowanie w życiu. Ale złapałem bakcyla. Wykonałem jeszcze dziesięć skoków w ramach kursu, zdałem egzamin i otrzymałem uprawnienia do wykonywania skoków w tandemie na czterech różnych systemach spadochronowych.

Są jakieś różnice pomiędzy skokami tandemowymi wykonywanymi w aeroklubach i w wojsku?

Wielkich różnic nie ma. Tak samo trzeba wyskoczyć z pokładu samolotu, zapanować w locie nad pasażerem, otworzyć spadochron i wylądować. W armii możemy jednak to zadanie mocno utrudnić, by przygotować się do możliwych wyzwań w czasie prowadzenia operacji bojowych. Oznacza to, że skoki w tandemie wykonuje się także w nocy – w cywilu tylko w dzień – z noktowizją, bronią, zasobnikami. Można również wykonywać długie, bo kilkunastokilometrowe, przeloty z pasażerem i lądować w terenie przygodnym.

Czy pośród tych 4500 skoków w tandemie są jakieś szczególne desantowania?

Są takie dwa skoki i oba wykonałem w wojsku. W 2012 roku jako pierwsi żołnierze w Wojsku Polskim wykonaliśmy skok w tandemie z użyciem aparatury tlenowej. Wówczas desantowałem się z kolegą z jednostki, również spadochroniarzem, z wysokości 7000 m. To było coś! Żeby prowadzić takie desantowania, trzeba spełnić wiele warunków, m.in. przejść badania i szkolenie ze skoków na wysokości do 10 000 m w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Żołnierz musi być także przeszkolony na danym typie aparatury tlenowej. Takie przepisy nas obowiązują. Drugi ciekawy skok wykonałem podczas ćwiczeń poligonowych wojsk specjalnych. Moim zadaniem było dostarczenie na poligon JTAC-a, czyli żołnierza, który zajmuje się naprowadzaniem lotnictwa na cele naziemne. Komandos był skoczkiem, ale nie miał uprawnień do wykonywania skoków na tzw. Wolne otwarcie. Dlatego zapadła decyzja, że poleci ze mną w tandemie. JTAC miał przy sobie dwie radiostacje, zasobnik… Ruszyliśmy nocą. Wyposażeni w noktowizory, wyskoczyliśmy z wysokości 3 tys. m i trafiliśmy na silny strumieniowy wiatr. Ale wszystko skończyło się dobrze. Dotarliśmy bezpiecznie do celu.


„Miki” jest podoficerem z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu. Z wojskami specjalnymi związany od początku swojej służby, czyli od 1993 roku. Jest specjalistą od szkolenia spadochronowego. Wykonuje skoki w tandemie, jest także jednym z pierwszych żołnierzy w WP, którzy desantowali się z użyciem aparatury tlenowej.

Wywiad z „Mikim” ukazała się w listopadowym numerze „Polski Zbrojnej”

Rozmawiała Magdalena Kowalska-Sendek
autor zdjęć: arch. prywatne Mikiego
Źródło informacji: Polska-zbrojna.pl
Czytany 337 razy

Artykuły powiązane

Top