środa, 03 styczeń 2018 08:18

Wspomnienia Michała Gierlacha z Red Bull X-Alps 2017.

Napisane przez Michał Gierlach
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Źródło zdjęcia: Michał Gierlach Źródło zdjęcia: Michał Gierlach

Michał Gierlach to znany wszystkim paralotniarz, który łączy ten sport z wędrówką wysokogórską. Jest najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w rankingu światowym pilotów FAI nieprzerwanie od 2013 roku.

Red Bull X-Alps przez wielu jest uznawany za jeden z najtrudniejszych wyścigów przygodowych na świecie. Zasady są bardzo proste. Do pokonania w 2017 roku było 1138km i na tym dystansie trzeba było zaliczyć 7 punktów zwrotnych od Salzburga do Monako, a można to było zrobić tylko pieszo lub za pomocą paralotni.
32 najlepszych pilotów na świecie wystartowało z rynku w Salzburgu 2 lipca, by ścigać się często w ekstremalnych warunkach przez najwyższe góry Europy. Jednym z nich był Michał Gierlach.

Oto co sam Michał napisał o swoim udziale w X-Alps w 2017 roku:

Dzień 1

Zgodnie z prognozami dzień przywitał nas ołowianym niebem. Delikatny deszcz z samego rana przeradzał się w coraz silniejszy opad. Czuć było napięcie w obozowisku. Start był przewidziany na 11.30 z Mozart Platz (rynek) w Salzburgu oddalonego o ok. 30min jazdy od naszego campingu przy siedzibie firmy Red Bull w Fuschl am See. Dla zawodników został podstawiony autobus, a moi supporterzy Dominika Kasieczko i Paweł Chrząszcz z pomocą moich rodziców zwijali obóz, w którym spędziliśmy ostatni tydzień.

Na Mozart Platz sytuacja się nie zmieniała – niskie chmury i ciągły opad. Jakieś wywiady, ale też pojawia się kilka znajomych twarzy z Polski – Beskid Wyspowy nie zawiódł. Olek Polish Dental Doctor ;-), Yanky z całą ekipą – dzięki, że wpadliście mimo tak fatalnych warunków. Na starcie zaczyna gromadzić się coraz większa liczba osób. Przebieram się w suche ubrania, zwołują nas na linie startu i zaczyna się odliczanie. Po 2 latach przygotowań w końcu… Mnóstwo stresów związanych z organizacją, sprzętem, sponsorami, poznaniem trasy teraz znika.

gierlach0301201801Nasze obozowisko na dzień przed rozpoczęciem wyścigu / Źródło zdjęcia: Archiwum zdjęć: Michał Gierlach

3,2,1 i poszli. Wszyscy biegną jakby przed nami była 10km trasa, a nie 1138. Krętymi uliczkami dotarliśmy do podnóży pierwszego punktu zwrotnego – Gaisberg. Po 2km zaczyna się podejście, wszyscy zwalniają. Weszliśmy w chmurę. Zimno i wilgotno. Po dotarciu na szczyt pierwszych zawodników i próbie wykonania obowiązkowego podpisu na tablicy organizatorzy się poddali – cały atrament od razu spływał. Tym bardziej nie było mowy o starcie w tych warunkach.

Postanowiłem się szybko przebrać w coś suchego. Na zbiegu było bardzo ślisko, ale na szczęście udało się nie zaliczyć dzwona. Za to Nick Neynens (NZ) zjechał 20m na tyłku. Na dole przestało padać i tak zostało już do końca dnia.
Ekipa podążała moim śladem. Co 2-3h zmieniałem buty na inne i smarowałem stopy kremem, żeby nie nabawić się odcisków. W sumie podczas wyścigu wykorzystywałem 7 par butów. Miałem też inne kije na asfalt – jednoczęściowe z gumową końcówką, a inne w teren – składane karbonowe Black Diamond idealnie mieszczące się do uprzęży.

Drogę umilaliśmy sobie rozmową z innymi zawodnikami. Stawka się tasowała, ale większość trzymała podobne, dość szybkie tempo – ok. 7km/h. Marsz dnem doliny wprawiał w trans. W miarę zbliżania się do Tennengebirge (pierwszy duży masyw na południe od Salzburga), na chwilę pojawiło się słońce. Kilku zawodników w tym Maurer (CH) i Durogati (IT) postanowiło wykorzystać to i spróbować wystartować. Zaczęli biec, jednak po godzinie okno się skończyło i tego dnia nikt nie podjął już próby lotu. Prawdopodobnie ten zryw kosztował Aarona kontuzję.

O zmroku mijam Bischofshofen, gdzie zaczyna mnie dopadać zmęczenie. Trzeba jednak dotrwać do końca dnia tj. 22.30. Docieram do Sankt Johann im Pongau razem z Dominiką, która szła ze mną przez ostatnie kilka kilometrów żebym się nie zanudził i utrzymał tempo do końca. Chrząszczu pojechał do przodu, aby znaleźć jakieś miejsce na nocleg i zacząć rozkładać nasz cygański tabor.

Tego dnia przeszedłem pieszo ok. 70km z 8kg sprzętu, który zawsze muszę mieć obowiązkowo ze sobą. Po szybkim posiłku wszedłem do namiotu na dachu naszego busa, żeby przespać się te kilka godzin do 5 rano, kiedy znowu będę mógł się znowu przemieszczać. Zawinięty w ciepły puchowy śpiwór YETI próbowałem zasnąć, ale okropne drgawki mi na to nie pozwalały. Po godzinie walki ze sobą ostatecznie usnąłem… na niecałe 5h by zacząć walkę od nowa.

Dzień 2

Pobudka… wszystko boli, a to dopiero 1. dzień za nami. Trzeba się przyzwyczajać. Dziś mogłem pospać 21 min dłużej, ponieważ taką miałem stratę do zwycięzcy w prologu kilka dni wcześniej.

Dzień budzi się niemrawo. Góry schowane w chmurach i leci z nich lekka mrzawka. Największe wyzwanie to zejść po drabinie z dachu samochodu. Domi z Chrząszczem krzątają się już przy śniadaniu – standardowo owsianka z bakaliami i odrobiną czekolady. Wielki talerz.

Najgorszy jest pierwszy kilometr, zanim nogi się nie rozruszają. Sztywne ruchy zaczynają być coraz bardziej płynne. Po godzinie dochodzę do miejsca, gdzie nocował Maurer, który pewnie smacznie śpi. Ze względu na to, że nie brał udziału w prologu, dzisiaj rano pauzuje 2h30min. Chwilę później spotykam Aarona (IT), który ledwie chodzi z powodu kontuzji kolana. Życzę mu zdrowia i zasuwam dalej.
Po wejściu w dolinę za Sankt Johann momentami pada mocniej, ale przed sobą nagle widzę podchodzącego do lądowania glajta. To Paul Guschlbauer zdecydował się podejść i zlecieć, żeby dać nogom trochę odpocząć. Cisnę dalej asfaltem, aż do końca doliny, gdzie czeka mnie przeprawa przez główną grań Alp w okolicach jeziora Koelnbreinspeicher. Pogoda taka, że nawet nie myślę o lataniu, ale po drugiej stronie ma być lepiej i to dodaje mi sił. Co jakiś czas ekipa daje mi jeść, dolewa picie do zasobnika. Przeważnie wszystko odbywa się w marszu, żeby zdążyć na warun po drugiej stronie grani.

Przejście przez przełęcz na 2400m dało mi mocno w kość. U góry sypał śnieg, do tego silny wiatr. Muszę trochę odpocząć, przebrać mokrą koszulkę na świeżą od BRUBECK, a przy okazji zastanowić się co dalej. Świeci w końcu słońce, ale nadal mocno wieje – do 10, może 12m/s.
Zerkam na nawigację w moim niezniszczalnym CAT S60 smartphone i mam 2 opcje:
- długie 30-kilometrowe zejście do wylotu doliny Malta
- podejście niecałą godzinę w górę i próba lotu na dół
Stawka się podzieliła. Razem ze Stephanem Gruberem (AUT) i Żenią Griaznovem (RUS) podejmujemy decyzję, że spróbujemy polecieć. W międzyczasie nie bez problemów odpala Guschlbauer i Oberrauner (obaj AUT). Pierwszy odlatuje, drugi w ostrym duszeniu spłynął do doliny. Nad głowami przeleciał nam też z prędkością światła Gaspard Petiot (FRA).
Docieramy z Dominiką i chłopakami na potencjalne miejsce startu. Krischa Berlinger (CH) właśnie się pakuje, a Antoin Girard (FRA) po 2 próbach startu i zerwaniu więzadeł w kolanie czeka na śmigłowiec. Przez chwilę jeszcze się waham, ale ewidentnie jesteśmy na zawietrznej, a do tego podmuchy są bardzo mocne. Żenia zdecydował zejść na dół, natomiast my postanawiamy zaryzykować i zostać w górach na noc. Prognozy są dobre, a zejście do wylotu doliny tak czy tak zajęłoby resztę dnia.

gierlach0301201802Kölnbreinspitze / Źródło zdjęcia: Archiwum Michał Gierlach

Szybki kontakt z Chrząszczem, który czekał na dole na nasze decyzje i ruszamy do schroniska Kattowitzer Hutte – zbudowane w latach 20-tych przez katowicki oddział Deutsche Alpenverein. Zasięg jest bardzo słaby, ale z kilku źródeł mamy potwierdzenie, że prognozy na kolejny dzień są dobr. Wspólnie z teamem Stephana – on plus 3 latających supporterów oraz Krischą snujemy plany na jutro wcinając gorącą zupę, a nawet pozwalając sobie na odrobinę luksusu i zimny złocisty napój z pianką. Przy tym rozluźnieniu, ale też bezczynności, towarzyszy mi cały czas niepewność, czy jednak nie trzeba było zasuwać na dół z buta. Dzień zakończyliśmy bardzo wcześnie, kiedy inni zawodnicy w tym czasie maszerują lub nawet lecą. Przykładem jest Maurer, który obrał zupełnie inną trasę i w niewyobrażalnych wręcz warunkach dzięki bardzo dobrym lotom wysunął się na prowadzenie.

Kładziemy się spać na łóżkach piętrowych. Mam możliwość w pełni się zregenerować, co tez nie jest bez znaczenia w perspektywie długiego wyścigu przed nam.

CDN...

Źródło informacji: michalgierlach.pl / Profil FB Michała Gierlacha

Czytany 272 razy Ostatnio zmieniany piątek, 12 styczeń 2018 08:54

Artykuły powiązane

Skomentuj

Twój komentarz zostanie opublikowany po akceptacji administratora.

Top