piątek, 12 styczeń 2018 08:55

Wspomnienia Michała Gierlacha z Red Bull X-Alps 2017 cz. II.

Napisane przez Michał Gierlach
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Źródło zdjęcia: Michał Gierlach Źródło zdjęcia: Michał Gierlach

Michał Gierlach to znany wszystkim paralotniarz, który łączy ten sport z wędrówką wysokogórską. Jest najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w rankingu światowym pilotów FAI nieprzerwanie od 2013 roku.

Red Bull X-Alps przez wielu jest uznawany za jeden z najtrudniejszych wyścigów przygodowych na świecie. Zasady są bardzo proste. Do pokonania w 2017 roku było 1138km i na tym dystansie trzeba było zaliczyć 7 punktów zwrotnych od Salzburga do Monako, a można to było zrobić tylko pieszo lub za pomocą paralotni.
32 najlepszych pilotów na świecie wystartowało z rynku w Salzburgu 2 lipca, by ścigać się często w ekstremalnych warunkach przez najwyższe góry Europy. Jednym z nich był Michał Gierlach.

Oto co sam Michał napisał o swoim udziale w X-Alps w 2017 roku:

Dzień 3

Red Bull X-Alps  – 4.07.2017

Rano pobudka była przewidziana na 6 rano. Szybkie śniadanie i ruszamy w górę. Pogoda jest piękna, natomiast pierwsze kłaczki na niebie pokazują, że nadal jest trochę wiatru. Na korzyść dla nas wieje bardziej z zachodu niż północnego-zachodu.

Około 7 zaczynamy podejście. Początkowo ekipa austriacka chciała szukać startowiska ze zboczy Karschneideck, ale moim zdaniem patrząc na kierunek wiatru i ukształtowanie terenu zachodnie zbocza Grosser Hafner powinny nadać się dużo lepiej. Wspólnie mieliśmy dużo większe szanse na dobry lot szczególnie tak wcześnie rano. Nie chciałem się rozdzielać, ale na szczęście reszta grupy przystała na moją propozycję i ruszyliśmy dalej. Do pokonania mieliśmy ok. 500m w pionie. Po przejściu przez grań zobaczyliśmy duże pole śnieżne, które wyglądało na idealne miejsce do startu w morzu głazów, które były rozsiane po okolicy.
Jest przed 9 rano, nad szczytami stoją już ładne cumulusy. Szpeję się spokojnie. Razem z nami jest też fotograf zatrudniony przez organizatorów – Honza Zak. Goni cały czas dookoła nas, żeby uchwycić najciekawsze chwile tego wyjątkowego miejsca.

Pierwszy odpala supporter Stephana i widać, że już działa. Wozi się na żaglu i powolutku zdobywa wysokość. Odrywamy się od ziemi po kolei bez chwili zwłoki i staramy się osiągnąć jak najwyższy pułap. W związku z tym, że startowaliśmy bardzo wysoko, po chwili już zahaczamy o podstawę chmur na ok. 3000m. Długi przeskok i wklejamy w wygrzewane od samego rana północno-wschodnie zbocza po drugiej stronie doliny. Dziala już dobrze mimo, że jeszcze nie ma 10. Grupa się rozdziela, Stephan spada niżej, a Krischa zaatakował wysoką przełęcz wyglądającą jak okno na drugą stronę – otwór między granią a chmurami ma maksymalnie 100m. Ja kontynuuję lot trochę bardziej naokoło, ale dobrze wygrzaną wschodnią stroną. Teraz czeka mnie długi przeskok przez rzekę Drawę. Próbuję wcześniej podkręcić wysokość - jest trochę nisko, ale powinno się udać. W Goldecka – znany punkt zwrotny podczas lotów z Greifenburga, wklejam ciut powyżej zalesionego ramienia. Jest godzina 11. Pólnocno-wschodnia ściana działa bardzo słabo. Krisha, który wkleił chwilę wcześniej kilkadziesiąt metrów wyżej wykręcił się i odszedł. Do mnie dolatuje Stephan z supporterem. Walczymy w słabych pierdach. Austriacy spływają w dół, a ja łapię komin w dolince bez lądowisk i po pół godziny nareszcie mogę lecieć dalej. Teraz idzie gładko, od chmury do chmury dolatuję do kolejnej dużej doliny Gailtal. W solidnej czwórce dokręcam sufit i dzida. Po drugiej stronie widzę kilka skrzydeł, wykręcają się pod sporym cumulusem. Cienia jest coraz więcej, ale łapię solidne 2,5m/s, więc nie jest źle. Trochę nade mną Griaznov (RUS), a spod chmury odchodzi Krisha i Standa Mayer (CZ). Brakuje mi ciągle ok. 300m, a noszenie siadło. Podejmuje próbę przeskoku dalej, ale wygląda, że nie przejdę przełęczy. Cofam się i walcze w słabych pierdach. W międzyczasie Rosjanin ląduje na szczycie grani, choć w pobliżu nie ma żadnego miejca do startu. Pojawia się słońce… nic… nic… nic… gleba.

Szybkie pakowanie. Moja ekipa jest daleko z tyłu bez dostępu do sieci, a ja mam problem z namierzeniem najbliższego startowiska. Nerwówka narasta. Dzwonię do Pawła Farona i wspólnie namierzamy miejsce. Teraz czeka mnie wspinaczka 1200m w górę ☹ Wody mam niewiele, ale liczę na jakieś źródełko po drodze. Początek przedzieram się na azymut z CAT S60 smartphone pionowo przez las, żeby skrócić sobie marsz szerokimi zakosami, ale nie wiem czy to był dobry pomysł. Po ok. 1,5h spotykam Pavla Cibulkę, sympatycznego kolegę z Czech, supportera Jessiego Williamsa (USA). Poratował mnie wodą, bo już usychałem. Pół godziny przed szczytem dojeżdża nasz bus i razem z Chrząszczem atakujemy razem w górę. Jest prawie 16, fajnie jakby udało się dolecieć do punktu zwrotnego w okolicach Mangartu w Słowenii. Po starcie wykręcam się bez problemu i ruszam na trasę. Od razu mam dużą dolinę do przeskoczenia, ale nawet nie tracę wysokości i łapię porwany komin na zachodnich zboczach kolejnej góry. Kilka zwitek w turbulentnym noszeniu i koniec. Wygląda jednak, że uda dolecieć się na przyzwoitej wysokości do następnej grani tuż przed przełęczą Predel na granicy włosko-słoweńskiej. Wbijam w nasłonecznione skalne zbocze. Wiatr z dużą odchyłką z południa, ale powolutku odbudowuję wysokość. Jak ping-pong robię 100m w górę, a potem w dół. Nie idzie nic wyżej. Po kolejnej próbie przebijam się 2 granie na południe, a tam na teoretycznej nawietrznej spływam w solidnym duszeniu i 3. raz jestem tego dnia przedwcześnie na ziemi. Zaskoczył mnie bardzo silny południowy wiatr - spodziewałem się w tej dolinie przeciwnego kierunku...

Nie pozostało mi nic innego jak bardzo szybko się spakować i zasuwać pieszo na punkt zwrotny. Spieszę się jak tylko mogę i ile jeszcze mi sił zostało, żeby nie musieć schodzić. Po drodze zatrzymuje się Grzesiek „Piana” Szymiczek, wspiera na duchu i daje czekolady na osłodę. Atmosfera jest bardzo nerwowa, dochodzi do lekkich spięć w teamie. Zmęczenie, frustracja, błędy… Docieram na punkt zwrotny. Dominika przygotowała mi gorący posiłek od Lyofood, a ja szpeję się, bo jest już prawie 19. Startuję i w słabych wieczornych noszeniach wykręcam się ponad grań. Skaczę do tyłu, znowu trochę na żaglu i już wszystko siada. Zaczynam spokojny zlot z wiatrem. Dolatuję do miejscowości Tarvisio i przymierzam się do lądowania. W gęsto zabudowanej dolinie długa łąka wzdłuż drogi wygląda na idealne lądowisko. Obracam się pod wiatr, prostuję… a tu nagle wyrastają mi przed oczami na ok. 20 metrach kable elektryczne. Nie ma już miejsca na zakręt. Hamuję, glajt wchodzi w spadochronowanie, poniżej drutów odpuszczam i przelatuje pod spodem. Skrzydło spokojnie się rozpędza i ląduję na paluszkach. Ufff!

Droga do Arnoldstein mija na analizie prognozy i planowaniu kolejnego dnia. Wygląda to dobrze i trzeba znaleźć miejsce do startu. Mimo potrzeby dłuższego marszu wybraliśmy szczyt Graslitzen po północnej stronie doliny, aby uniknąć ryzykownego przeskoku już na samym początku lotu. Czy to wypali… zobaczymy. Kończę dzień równo o 22.30. Niedaleko mnie jest Mitch Riley (USA), mój dobry kumpel z Nepalu, razem ze swoim supporterem Maćkiem Ziętarą. 15km przede mną jest Jesse (USA) oraz Żenia Griaznov (RUS)

Z perspektywy całego wyścigu to był jeden z najtrudniejszych dni dla mnie. Popełniliśmy kilka błędów, które jak się potem okazało zaważyły na ostatecznym wyniku - przede wszystkim walka do końca po przeskoku nad doliną Gailtal zamiast lądowania na wcześniej wspomnianej przełęczy. Było w tym też trochę pecha i zmęczenia. Czołówka korzystając z dobrej pogody, kiedy ja maszerowałem w środku dnia, odskoczyła nam o kilkadziesiąt kilometrów. Z całego dnia nie mam praktycznie żadnych zdjęć

CDN...

Źródło informacji: michalgierlach.pl / Profil FB Michała Gierlacha

Czytany 162 razy Ostatnio zmieniany piątek, 12 styczeń 2018 08:59

Artykuły powiązane

Skomentuj

Twój komentarz zostanie opublikowany po akceptacji administratora.

Top